piątek, 22 czerwca 2018

Gang de petanque


Pewnego razu na Lazurowym Wybrzeżu…


Tekst poniższy pochodzi z książki Christiana Plume „Tout sur la petanque” wydanej w 1963 roku. Historia poniżej opisana wydarzyła się naprawdę…

Miłej lektury.
Jacek Woliński


Chyba dla wszystkich jest oczywiste, że zawody petanque mają już bardzo długą tradycję. Gdy któryś z dzielnych graczy wzbogaci się podczas zawodów o kilkaset franków również nie wzbudza to niczyjego sprzeciwu.
Niektóre rozgrywki petanque bywają przedmiotami prawdziwych zakładów – ryzykownych, ale bynajmniej nie nieuczciwych.
Istnieją jednak także drużyny złożone z graczy-kombinatorów, którzy szachrowaniem zajmują się zawodowo, w dodatku osiągają spore sukcesy.
Doskonałym przykładem petankowej szulerki może być historia, która wywołała ogromny skandal na Lazurowym Wybrzeżu na początku 1962 roku. Mowa o drużynie, którą prasa szybko obwołała „gangiem petankowców”: jego członkowie wykazywali się taką zręcznością, znajomością psychologii i inteligencją, że doprawdy nie wiadomo, czy nie potraktować ich wyczynów z humorem i nie porównać do nowej operetki Aliberta czy drugiej odsłony amerykańskiego filmu „Bilardzista”, w którym mistrz bilarda udaje amatora, aby naciągać naiwnych.
Gdyby Monsieur Jean – szef gangu i słynny miliarder – był choć odrobinę mniej chciwy, on i jego szajka mogliby odejść na emeryturę i do końca życia grać w petankę wyłącznie dla przyjemności: na oszustwie zarobili blisko 150 milionów starych franków.
Bohaterowie komedii z południa Francji byli uroczo stereotypowi. Gwiazdą był Batistin Ivaldi, zwany „starym”, „Tintinem” lub „Rigadinem”. Miał 74 lata, ale wyglądał młodziej. Monsieura Jeana zastępował niekiedy 54-letni Armand Voiron, szacowny kupiec z Antibes.
Fałszywemu miliarderowi stale towarzyszyło dwóch sekretarzy: Adolphe Bernasconi, lat 55, zwany „Dodo”, „Ririm” lub „bokserem”, oraz Maurice Donnat, lat 30, z zawodu murarz i recydywista. Gdy Monsieura Jeana zastępował Armand Voiron, w roli sekretarza występował Orso Bonacorsi, lat 53. Do szajki należeli także obstawiacze: Louis Ricci, zwany „Loulou bokserem”, Francis David, Dominique Bontempi, Charles Alardon oraz naganiacze Antoine i Eugène Ceccaldiowie, a także autentyczny mistrz petanki Émile Agaccio.
Scenariusz, precyzyjny niczym szwajcarski zegarek, był zawsze identyczny. Najpierw należało znaleźć ofiarę. Brain trust szajki analizował propozycje naganiaczy i wybierał wyłącznie dużych przemysłowców lub ważnych przedsiębiorców operujących zwykle pokaźnymi sumami pieniędzy i oczywiście grywających w petankę. Grę z ofiarą rozpoczynano od wykonywania telefonu do biura ofiary podczas jej nieobecności. – Monsieur Jean – mawiał sekretarz – chce uszczknąć nieco ze swojej fortuny i wybudować piękną willę dla kochanki. Cena nie gra roli.
Sekretarka przekazywała wiadomość swojemu szefowi, który nie miał powodu, by cokolwiek podejrzewać. W kolejnej fazie gry sekretarz Monsieura Jeana przybywał do ofiary z kolejnymi wizytami, podczas których dyskretnie poruszał kwestię swojej prowizji, twierdząc, że taki jest zwyczaj w budownictwie. Wreszcie któregoś ranka pod siedzibę firmy ofiary, tuż po jej przybyciu do biura, zajeżdżała amerykańska limuzyna.
– Szybko! – powiadał sekretarz. – Właśnie przyjechał Monsieur Jean. Zgadza się podpisać z panem umowę. Oczekuje pana w tym a tym miejscu.
Wybranym miejscem był oczywiście któryś z wielkich pałaców, jakie ujrzeć można na Lazurowym Wybrzeżu, ewentualnie jakaś luksusowa willa.
Mechanizm działania tych jakże wybitnych oszustów świetnie opisał nasz znajomy, Francis Rico, który przypadkowo miał okazję być świadkiem wyczynów Monsieura Jeana.
„To było w zeszłym roku na przedmieściach Tulonu”, pisał Francis Rico. „Jeden z moich znajomych, przedsiębiorca budowlany (zwany dalej Paulem) zaproponował mi, bym poszedł z nim na spotkanie z bogatym klientem, z którym umówił się w zacienionym ogrodzie znanej karczmy.
– To typ nieco zwariowanego miliardera, który chce zaoferować swojej przyjaciółce willę wartą 40 milionów – wyjaśnił. – Jeżeli chcesz poznać szaleńca, chodź ze mną.
W ogrodzie siedział na podniszczonej ławce niebywale elegancki mężczyzna – ubrany w ekskluzywny garnitur z krawatem zawiązanym, pomimo przeraźliwego upału, pod samą szyję i trzymający na kolanach skórzaną teczkę. Czekał, spoglądając na niskiego, chudego i zaniedbanego mężczyznę w espadrylach, który rzucał bulami, nie patrząc nawet w kierunku świnki.
Nieco dalej inny dżentelmen zdawał się wertować opasły plik dokumentów. W głębi ogrodu przy okrągłym stoliku, na którym stał dzbanek z parującą wodą, butelka i kieliszki napełnione pastis, siedziały dwie inne osoby z zainteresowaniem śledzące scenę.
Przeciwnik niskiego, nerwowego mężczyzny grał ze zdumiewającą dokładnością. Każda z jego bul trafiała do celu. Strzelał niczym snajper. Nic dziwnego: był to nie kto inny jak mistrz Agaccio, o czym wówczas nie wiedziałem.

Starzec – słynny Monsieur Jean – wydawał okrzyki, wznosił ręce do niebios, wzywał imię Matki Boskiej i z wściekłością ciskał bule, gdzie popadnie.
– A niech to! I tak wygram! – wściekał się. Gdy doszliśmy, dwaj mężczyźni siedzący na ławce wstali i gorąco przywitali się z moim znajomym Paulem. Większy przedstawił się jako agent nieruchomości, mniejszy zaś jako osobisty sekretarz Monsieura Jeana. Obaj mieli nietęgie miny.
Sekretarz, wzdychając i poprawiając krawat, wyznał nam w zaufaniu:
– Mój szef to prawdziwy wariat. Ma bzika na punkcie petanki. Nie chce już słyszeć o niczym innym, tylko o grze w bule.
– Daj mi jeszcze 300 tys. franków. Znowu przegrałem – rzucił Monsieur Jean pod adresem swojego sekretarza, który otworzył teczkę i wręczył mu zwitek banknotów.
Obaj z Paulem patrzyliśmy zdumieni:
– A niech mnie! Partia petanki do 11 punktów za 300 tys. franków!
Agent nieruchomości obdarzył nas uśmiechem pełnym ojcowskiej dobroci:
– Proszę się nie martwić. Monsieur Jean opływa w miliardy. Pieniądze nie mają dla niego znaczenia. Tej nocy zdążył przegrać ponad 50 milionów w bakarata w kasynie hotelu Palais de la Méditerranée w Nicei. Dorobił się fortuny w Afryce. Nadmiar słońca pomieszał mu w głowie.
– Ha! Leniwcy! – rzucił w naszą stronę Monsieur Jean. – Jeżeli mają panowie obie ręce sprawne, rzucam panom wyzwanie: partia za 500 tys. franków.
Ja rozważnie postanowiłem nie przyjąć wyzwania. Mój znajomy przedsiębiorca z obu stron otoczony był natomiast przez sekretarza i agenta nieruchomości:
– Grywa pan w petankę?
– Tak jak wszyscy – odrzekł Paul. – Ale jeszcze nigdy nie grałem o taką stawkę.
– Proszę więc spróbować. Tak czy owak gwarantujemy panu prowizję. Sprawa jest załatwiona. Oto umowa, plany, czek do podpisania, jak tylko zjawi się Madame Suzanne, przyjaciółka szefa. Otrzyma pan 20 milionów zaliczki z 40 milionów, na jakie opiewa koszt budowy. Co ma pan do stracenia? Lepiej zagrać z Monsieurem Jeanem niż mieć z nim potem na pieńku.
Mój znajomy Paul, który bynajmniej do naiwnych nie należy, miał chwilę wahania. Atmosfera była jednak przyjemna, a pastis – rozgrzewające.
Paul wskoczył do samochodu i pojechał do banku po milion franków w gotówce.
Partię rozpoczął Monsieur Jean. Grał tak źle, że po trzech minutach wraz ze swoim partnerem przegrał milion franków na rzecz sekretarza i mojego znajomego przedsiębiorcy.
W skórzanej teczce płowej barwy agent nieruchomości chował dokumenty stanowiące bajeczną stawkę w grze. Nigdy w życiu nie byłem świadkiem podobnego spektaklu.
– Va banque? – zaproponował Monsieur Jean. Paul z rozpaczą spojrzał na zegarek. Trzy minuty później Monsieur Jean odbierał wygrany milion. Jego partner, agent nieruchomości, strzelał beznadziejnie, on sam natomiast grał rewelacyjnie.
– O milion?
– Nic złego się nie stanie. Zwrócimy. Oto czek jako gwarancja – rzucił jeden z dwóch mężczyzn, by rozwiać obawy mojego znajomego.
Po obiedzie, który przebiegł w stosunkowo ożywionej atmosferze, Paul przegrał jednak trzy miliony na rzecz owego diabła w ludzkim przebraniu, który ni stąd, ni zowąd zaczął grać niczym bóg petanki.
– Proszę się nie martwić – powiedział dobrodusznie. Jutro odrobi pan straty, a ja zrugam moją przyjaciółkę Suzanne, że nie przyjechała jeszcze podpisać umowy.
Monsieur Jean oddalił się w podrygach ku amerykańskiej limuzynie, w której czekali na niego owi dwaj milczący mężczyźni służący za tło przedstawienia.
Mój znajomy Paul w głębi kieszeni chował trzy czeki na łączną sumę 3 milionów wypisane tytułem gwarancji przez sekretarza i agenta nieruchomości. W chwili pożegnania poprosili oni jednak o zwrot czeków:
– Mam żonę i dwoje dzieci – jęknął sekretarz. – Czeki są bez pokrycia. Proszę mnie nie rujnować. Proszę mnie nie wsadzać do więzienia. Jutro odzyska pan całą kwotę z naszych prowizji.
Paul nie zaprotestował i oddał dokumenty.
Nazajutrz ogarnęła go rozpacz. Gdy przybył na spotkanie i nikogo nie zastał, zrozumiał, że go wykiwano. Poszliśmy do adwokata, który oświadczył:
– Jeżeli wniosą panowie skargę, zostaną panowie oskarżeni o współudział w grze hazardowej w miejscu publicznym. W sądzie obrona z pewnością zada panom pytanie: »A co, jeżeliby panowie wygrali?«.
Obowiązkiem przedsiębiorcy było oczywiście wnieść skargę. Biegły w psychologii Monsieur Jean wiedział jednak, że jego ofiara panicznie boi się skandalu: zła reklama sprawiłaby, że przedsiębiorca wiele straciłby w oczach swoich znajomych, pracowników, partnerów w interesach, klientów”.
Francis Rico i jego znajomy przeprowadzili małe śledztwo, które pozwoliło im poznać inne ofiary: handlarza wina (1,5 miliona) i właściciela przedsiębiorstwa hydraulicznego (2 miliony). I jeden, i drugi sprzedawał swoją wiejską posiadłość i akurat wtedy został zaszczycony wizytą sekretarza Monsieura Jeana. I jeden, i drugi padł ofiarą identycznego, niezawodnego scenariusza. Ofiary – powszechnie szanowane osoby – na ogół nie ryzykowały i nie wnosiły skargi, zapewniając tym samym bezkarność oszustom. Monsieur Jean pewnie wygrywał i bynajmniej się nie ukrywał: często powracał w miejsca swoich wyczynów.
Do czasu aż wniesiono skargę i gang wsadzono za kratki. Jedynie mistrz Agaccio zdołał uniknąć kary.
W wyniku śledztwa policji doliczono się ponad 60 ofiar, które w rękach gangu pozostawiły blisko 150 milionów.
Oszukańczą grę w petankę udoskonalił 20 lat temu pewien neapolitańczyk, który po ograbieniu półwyspu zabrał się za wybrzeże Morza Śródziemnego.
Ciovanni Zapotti, mistrz gry w bule, na petankowej szulerce dorobił się fortuny. Najbardziej spektakularny rzut przyniósł mu w jedno popołudnie 8 milionów wygrane w pojedynku z marsylskim producentem cegieł.
Zapotti miał jednak jeden słaby punkt: za dużo jadł i zmarł w trakcie partii wskutek zatoru tętnicy. Wykształcił jednak grono naśladowców, a swoje sprawy pozostawił w rękach Monsieura Jeana.
Monsieur Jean i jego drużyna tylko raz napotkali problem.
– Raz mój sekretarz się zagalopował. Ofiara przyszła do mnie oburzona – powiedział po zatrzymaniu Monsieur Jean policjantom. – „Drogi panie – usłyszałem – z solidarności zawodowej radzę panu natychmiast wyrzucić za drzwi swojego sekretarza. Proszę sobie wyobrazić, że zaproponował mi, by pana zrujnować!”.
Trzeba przyznać, że każdy, kto miał poczucie humoru, stał po stronie gangsterów: we Francji mało kto współczuł ofiarom. Nie ulega jednak wątpliwości, że wyczyny gangsterów stanowiły wyjątkowe nadużycie zaufania, którego wymiar sprawiedliwości nie mógł puścić płazem. Głównych sprawców (czy ich losy nie zainspirowały przypadkiem jakiegoś reżysera?) zmuszono do oddania ofiarom zabranych pieniędzy i ukarano wielomiesięczną odsiadką w więzieniu: partyjki mogli rozgrywać już tylko ze strażnikami.
Dzięki Bogu, przeważająca większość petankowców to ludzie uczciwi, nawet jeśli zdarza im się czasem nieco pooszukiwać.
Niektórzy gracze pozwalają sobie na sprytne wybiegi, by zdekoncentrować przeciwnika, gdy ten wyrzuca bulę. Jedni ostentacyjnie wydmuchują nos, inni zaś wykonują jakiś pozornie naturalny gest dokładnie w chwili strzału, co dekoncentruje strzelca.
Wielki gracz Della-Piana uciekał się do jeszcze wymyślniejszej sztuczki. Po spuentowaniu buli podążał za nią krok w krok, a z głębi jego umyślnie przedziurawionej kieszeni wypadały malutkie kamyki, które razem miały utworzyć warstewkę żwiru i sprawić, by kolejna bula przeciwnika zboczyła z toru.
To jednak nic w porównaniu z wyczynami Monsieura Jeana. Zresztą, jak to się mówi, co to za przyjemność z grania w bule, skoro już nie można oszukiwać własnych przyjaciół?!

Tłumaczenie - J.